Monday, March 23, 2009

do przyjaciol

Juz na lotnisku w Bangalore. To juz nie sa Indie – klimatyzacja, piekne posadzki, ludzie wypachnieni, sprzedaja hotdogi i samosy za 50 rupii (normalnie sa za pinć), papier toaletowy, toaleta klasyk. Czar prysl ;(


Bylo magicznie. Czas wyjechac. Zaluje? Nie. Czuje pewien niedosyt, ze jeszcze moglabym tyle zobaczyc, ze wielu zaplanowanych rzeczy nie zdazylam zrobic. Ale moge przeciez zawsze wrocic. Kwestia tylko zdrowia i pieniedzy na bilet. Zapraszaja, czekaja (albo tak przynajmniej mowia).

Smutno mi, ze nie bedzie juz tak cieplo, ze nie bedzie palm, kokosow, piasku i egzotyki. Z drugiej strony ciesze sie na powrot do Wroclawia. Ciesze sie na nasze wszystkie super plany, na te wiosne, ktora za chwile do Polski nadejdzie, na rynek, na skuter, na wspolne wojaze, na mozliwosci („jest wiele mozliwosci. jakie? jakie? rozne.” ;). Nie mozna miec wszystkiego. Jedyna obawa – boje sie popasc w rutyne, bo to potrafi zabic wszelka radosc z zycia. Zaczynam patrzec optymistycznie w przyszlosc, aczkolwiek mam poczucie lekkiego przerazenia z powodu mych bialych kart w kalendarzu i taka mysl mnie nawiedza: studia sie skonczyly – czas sie zabrac za cos powaznego. A tu ani checi ni ochoty ;) Ale moze to i dobrze. Nie ma co planowac. Probuje myslec w ten sposob, ze brak planow to tez jakas wartosc – daje swobode w podejmowaniu decyzji i wolnosc, ktorej zasmakowalam tutaj.

Dziekuje Wam za smsy, maile, telefony. Dziekuje, ze pomogliscie podjac te, jak i wiele wczesniejszych decyzji. Ze dodaliscie odwagi, gdy jej nie mialam. Ze upewniliscie, ze warto. Ze byliscie gotowi (ekipa „wisienka na torcie”) przyjezdzac i odbijac mnie ze szponow DIMADA. Ze byliscie przy mnie, gdy tak bardzo Was potrzebowalam. Dzieki Wam wszystko jest latwiejsze, a nieciekawe sploty okolicznosci przyrody potrafia sie przekuc w piekne i niezapomniane chwile w moim zyciu. Dziekuje MZ, wszystkim drinkowym „dmuchanym ptakom” (ze taki kryptonim zapodam), a takze panu szanownemu ze stolycy i temu zza oceanu.

Chyba odnalazlam to, czego szukalam. Nie udaloby sie bez Was.

Do zobaczenia niebawem.

finito :(

Chyba juz ostatni moj wpis na tym blogu. Odwoluje wszystko zle, co mialam czelnosc na Dimada powiedziec! ;) Ze stanu przesmiewczego przeszlam w stan zachwytu nad Dimada i ludzmi, ktorych za soba porwala i wciaz porywa. (Ho ho ho! Juz widze te szydercze usmieszki typu „zlapali ja na sekciarski haczyk” ;)

To jest miejsce, do ktorego naprawde chce sie wracac. Nie tylko ze wzgledu na widoki, plaze, pogode. Przede wszystkim ze wzgledu na te niezwyklosc, radosc, i wszechobecne ‘peace and love’.

Ostatni dzien – jechalam sobie skuterem po tych dzunglowych pomaranczowych sciezkach. Wszystko takie ‘ostatnie’. Ostatnia wizyta na budowie, ostatnie opalanie, ostatnie spotkania, pozegnania ;(











To jest takie mile, jak sie jedzie i co chwile ktos pozdrawia, usmiecha sie, macha.
Jak sprzedawcy pamietaja moje imie.
Jak spotkany przed sklepem pan jubiler autentycznie sie cieszy, ze mam na nodze kupiony u niego lancuszek. Jak dopytuje, czy pasuje i jest dla niego to takie wazne, ze mi sie podoba.
Jak widze te psy i krowy masci wszelakiej, na ktore trabic trzeba a ktore leniwie podnosza swe wychudzone ciala.
Jak Richardo macha do mnie swoja taca z drugiego konca solar kitchen.
Jak spotkana w kafejce kobieta-kwiat, z ktora wymienialam spojrzenia na warsztatach patrzy na mnie i mnie nie poznaje – a za chwile szeroki usmiech i HELLOOOO – bo mowi, ze wtedy nie bylam jeszcze az tak brazowa.
Jak Velu dzwoni i pyta, czy wszystko u mnie dobrze, i ze juz trzeba mi bilet kupic. Jak szaleje i wywraca sie na fali na desce surfingowej.
Jak Prathap – nieslyszacy pracownik beach caffe usmiecha sie i komunikuje sie ze mna piszac na telefonie.
Jak siedzimy sobie wieczorami w kuchni z Pablo, gramy na gitarze, bebnie i spiewamy – jak zwabione muzyka dolaczaja do nas kolejne osoby – jak wreszcie Satprem rusza sie z pokoju i z Michaele przychodza, zeby po prostu z nami posiedziec.
Jak pani z kafejki internetowej zostawia mi sklep pod opieka a potem przynosi kwiatka w podziekowaniu i wczepia we wlosy.
Jak pani kokosanka niesie kokos na glowie i niezwykle wyprostowana pyta ‘coconut madam?’ i tak ladnie sie usmiecha.
Jak pies bez nogi znowu spi w tym samym miejscu i po raz ostatni omijam go motorem.
Jak pies po operacji spi pod moimi drzwiami – juz bez bandazy!
Jak niezwykle moglam sie zmienic ja, zeby z przesmiewczego podejscia do roznych tutejszych dziwolagow dostrzec w nich piekno.
Jak ze strachu przed byciem sam na sam ze soba, zaczelam odczuwac potrzebe i radosc z izolacji.
Jak pieknie patrzec na skupionych na medytacji ludzi.
I mijam na moim rozklekotanym moturku te kobiety niosace drewno na glowach – kiedy ja je znowu zobacze? Czy kiedykolwiek tu wroce? Czy wlasnie to miejsce wydaje sie takie piekne, bo mam ciagle poczucie niedosytu?

W niedziele wieczorem byl w visitors centre koncert jazzowy. Czestowali herbata, kawa. Muzyka zachwycajaca. A najpiekniejsza w tym wszytskim mala, moze trzyletnia blondyneczka, ktora najpierw niesmialo, a potem coraz odwazniej tanczyla na scenie w przykrotkiej czerwonej sukience. Zainspirowana pewnie baletem, probowala nieudolnie nasladowac rozne baletowe ruchy – byla w tym tak rozkoszna, ze cala uwaga w jednej chwili skupila sie na niej – a ona nieswiadoma niczego nadal w skupieniu tanczyla, wpatrzona w swoje bose stopki.
A my siedzielismy z Julia, Pablo i Mathew wtuleni w siebie, sluchajac muzyki i rozmyslajac. Kazdy pewnie o czyms innym. Ja o tym, ze bedzie mi brakowac tej magii, tego ‘pisenlof’ ze nie chce wyjezdzac, ze tak sie ciesze, ze tu trafilam, ze otworzyly sie przede mna rozne mozliwosci, o ktorych wczesniej nie myslalam. Zobaczylam wizje szczesliwego zycia oparta na innym modelu. Zobaczylam ludzi szczesliwych szczesciem pozamaterialnym, wesolych i spokojnych jednoczesnie, pogodzonych ze soba i swiatem.
Myslalam tez o tym, ze tutaj nie ma sie czym lansowac. Bo czym? Klapkami? Zakurzonym na pomaranczowo ubraniem? Brudem zza paznokci? Wszyscy popinkalaja na zdezelowanych skuterach lub rowerach, lepsi na motuuuuuuuurach. Wszystkie chatki pootwierane, prostota i przasnosc. Bez makijazu, bez elegancji, bez szykownych butow czy fryzur – za to z usmiechem na ustach i poczuciem bycia czescia tego niezwyklego miejsca.

Dostrzeglam tez wartosc podrozowania samemu. Zdecydowana wiekszosc (80%?) ludzi tutaj to wlasnie samotni travelersi. Wczesniej wydawalo mi sie, ze duzo lepiej przezywac te niesamowitosci z przyjaciolmi, by moc wspolnie dzielic wspomnienia. I nadal tak uwazam, ale nie zdawalam sobie sprawy, ze samemu – to dopiero przygoda! To dopiero dowolnosc w decydowaniu o sobie i mozliwosc zmian z minuty na minute, bez potrzeby ustalania, tlumaczenia. Ten niezwykly wiatr w zagle, ten powiew wolnosci, przy jednoczesnym poczuciu bycia skazanym na siebie samego. To najlepsza metoda poznawania nowych ludzi. Tacy podroznicy dzialaja na siebie jak magnez – samotni moga byc tylko z wyboru – bo dookola jest pelno takich jak oni, ktorzy chetnie wchodza w roznego rodzaju relacje. W ogole ludzie tu chetnie wchodza w ‘roznego rodzaju relacje’ ;) Typowa impreza tak jak w Polsce z pijanstwem, tak tu laczy sie z klimatem hipi masazami, joga, spiewami. A te masaze stop! Uuuuuuuuuuu...

Ehhh... I tak moglabym pisac i pisac. Ale nic.

Koniec i bomba. Kto czytal – ten TRABA!

omm mani padme hoom

Wszystko przyspieszylo. Przed soba mam coraz bardziej zblizajaca sie do mnie godzine zero – czas wyjazdu. I poczucie – tyle do zrobienia a tak malo czasu.
Wczorajsze szamanskie szprawy w nocy, w Sadana Forest - bezcenne. Bebniarz, cztery inne osoby i ja. Rytualy, rekwizyty, ogien, wizje. Ale tematu nie rozwine, bo nie ;).

Zamiast tego kolejne zdjecia - moj pokoj z zewnatrz plus biuro:











Spedzilam ostatnio noc na plazy – wraz z ludzmi machajacymi ogniami, przy ognisku, az do wschodu slonca. Latam i latam – dniami i nocami a mimo wszystko czasu brak.

Przeszlam cala procedure zwiazana z wizyta w Matri Mandir – centralnym punkcie Auroville. Obejrzalam wiec film i stawilam sie na wyznaczona godzine z wyznaczonym miejscu . Przewodnik grupy opowiedzial najpierw, jak powstalo Auroville i dlaczego, czym jest Matri Mandir i jak sie zachowywac w srodku. Generalnie zdziwilam sie – bo spodziewalam sie jakiegos kultu Dimada i nie wiadmo jak naiwnej filozofii. A to po prostu miejsce skupienia, cichej medytacji (nie mozna kaszlec!) nie zwiazane z zadna religia ani tym bardziej z osoba Dimada (ponoc sama byla bardzo skromna i nie chciala, zeby wyznawac jej kult). Ale z jakiegos powodu widuje sie czesto jej zdjecia, przybrane kwiatami.


Samo wnetrze Matri Mandir’u bardzo proste – biale sciany, biale mile dla stop dywany, koliste pochylnie, a w glownym pomieszczeniu szklana kula, na ktora pada strumien swiatla z malej dziurki z kopule. Nastroj podniosly, cisza, polmrok, biale poduszki, bialy spokoj, biale mysli. Wszystko biale.

Himal – moj znajomy Aurovillanin, pochodzacy z Tybetu, przybyly tu w z rodzina w wieku lat 7 (obecnie 35) stal sie moim kolejnym lakomym kaskiem, aby wybadac jak to u tych ‘prawdziwych’ sprawy sie maja. Mieszka sobie w domu niezwyklym – jak kazdy Aurovillanin – sam go musial sobie wybudowac. Dom na planie kola – w scianach mnostwo malych okienek, wysokosc 5 m, antresola z piekna moskitiera na spanie. Prosta kuchnia, lazienka w ogrodzie. A ogrod! Ulalaa. Himal (bo w Himalajach narodzon) para sie ‘mechanics’. Skreca, przykreca, robi rozne instalacje. Ostatnio wraz z ludzmi z Youth Centre pracuje nad ogromna rzezba orla. Poza tym jakies eksperymentalne machiny – btw wklejam tu zdjecia m.in jego machin z YC zrobione jakis czas temu.

Tu przedstawiam maszyne generujaca prad ala chomik czlowieczy.

Maszyna typu ekstremalna rozrywka dla odwaznych.

I inne autobusy, domki na drzewie, o ktorych pisalam wczesniej.

Wracajac do ogrodu Himala – zrobil np dla tutejszych dzieci mega karuzele, z podwieszonymi na wielkim kole na lancuchach starymi rozklekotanymi motorami, na ktore dzieci siadaja. Powsadzal tez motory na drzewa. Wrazenie piorunujace. Szkoda, ze ni mom zdjec.

Takie jest wlasnie to Auroville – niezwykle, kreatywne, nieszablonowe – zlozone z szalonych pomyslow wcielonych w zycie ku uciesze innych. Wzielam Himala na spytki, dlaczego w domu na scianie wisi Dimada (tzn jej zdjecie). Pytam, czy sie do niej modli czy jak. Mowi: „Nie. Po prostu bardzo ja szanuje. Gdyby nie ona, nie bylo by tu mnie i ciebie, nie byloby tego niezwyklego miejsca. Czasem biore i przynosze jej kwiaty” (i wtedy wyszedl i urwal z drzewa w ogrodzie czerwony kwiat i wstawil za to zdjecie). Rozczulilo mnie to troche i zdziwilo, bo Himal to raczej typ twardziela, chodzacego w dziwnym kapeluszu z pioropuszem. Niesamowita byla tez muzyka, ktorej sluchalismy. Tybetanskie piosenki, a wsrod nich moja ulubiona o powtarzajacym sie w kolko tekscie ‘oMM Mani padme HOOM’ (czesto ponoc wyryty nad drzwiami tybetanskich swiatyn).
Gdy Himal mnie odwozil swym moturem do domu, na kierownicy waz zostawil niespodzianke w postaci swojej zrzuconej skory. Mniam!

A to jest moj moped:



Rozmowy z rodzimymi Hindusami, jak Velu, Himal czy Viji - kolezanka z autobusu, sa dla mnie niezwykle cenne – uswiadamiaja ogromne roznice miedzy nasza europejska a tutejsza kultura. Wspomniana wyzej Viji – pracuje w Bangalore, zakochala sie w koledze z pracy. Cztery lata musiala uzerac sie ze swoja rodzina, zeby laskawie wyrazili zgode na ich slub. Powod? Bo chlopak z innej kasty, a rodzice chcieli inne malzenstwo zaaranzowac. A dziewczyna nie z jakiegos ciemnogrodu tylko ladna, wyksztalcona (MBA), pracuje w HR, w duzej firmie w Bangalore. Lat 29.
Slub odbedzie sie za trzy tygodnie.

Albo Velu – upichcil jakies jedzenie, daje mi widelec i noz, sobie tez bierze i mowi mi – pokaz, jak Ty trzymasz widelec! ;) Velu ponoc zawsze sie stresuje, jak ma isc do jakiejs restauracji na niehinduskie jedzenie i zmuszony jest do uzywania tych barbarzynskich wytworow cywilizacji zamiast reki prawej. Ja przekonalam sie do jedzenia z uzyciem reki prawej – naprawde wiele tracimy na codzien uzywajac widelcow – jedzenie tym sposobem mnie osobiscie wydaje sie duzo przyjemniejsze i takie slodko syfiaste ;) Czy ja juz nie zaczynam mowic jak onegdaj Julia i Pablo o wc typu narciarz? Moze i dobrze, ze jestem tu tylko miesiac, bo dluzsze przebywanie doprowadziloby mnie zapewne do wielu innych ‘odkrywczych’ mysli, ktore w zycie bym wcielic chciala.

Jeremi wyjezdza do Nepalu (musi wyjechac z Indii, by odnowic wize), ja wyjezdzam do PL, a do instytutu wrocil Mathew. Z tych okazji wybralismy sie gromada z pracy na wspolna kolacje do Pondi. Jedzenie kategoria: z liscia, typowy dla tanszych jadlodajni. Wyglada to tak, ze kazdy zamiast talerza ma przed soba lisc bananowca. Na lisc nakladane sa placki, sosy i inne przysmaki. Zamowilismy kurczaka, krewetki, parote, masala dosa i takie takie. Kelner chodzi i chochla polewa rozne sosami, w ktorych macza sie rece, placki i wszystko w promieniu 50cm. Pycha! Zakonczenie wieczerzy sygnalizuje sie zlozeniem lisciowego talerza w pol. Żeremiego juz nie zobacze. Poszedl w wojaze! Po odprowadzeniu go na przystanek, poszlismy na skalista plaze z Pondi. Pablo gral na bebnie, my spiewalismy jakies slabe piosenki, a tlumek Hindusow bacznie nam sie przygladal i robil zdjecia ukrytymi strzalami z biodra. A ten Mathew – boshhhh! Coz za odglosy potrafi z siebie wydac. Jego ‘inner dolphin’ byl numerem jeden ;) I tak oto sielsko zycie plynie w nadmorskiej krainie.

Taki oto zbieg okolicznosci – na owa wycieczke do Pondi posadzona zostalam na motur do hinduskiego architekta – Rundjina. Moja ulubiona gadka-szmatka zapoznawcza – co, dlaczego i jak dlugo. Zaczal mnie sie wypytywac dokladniej o moj projekt dyplomowy i oznajmil, ze musze – koniecznie musze spotkac sie z innym architektem – jego szefem – bo on robi bardzo podobny projekt w polnocnych indiach – z bambusa, po katastrofie powodzi. Spotkalam sie z nim i zaproponowal mi wyjazd tam. Mialabym, po przeszkoleniu, szkolic lokersow jak budowac z bambusa i zapoznawac ich z wypracowanymi technikami laczen, struktur itp, ktore juz buduja w ramach prototypow 80 domow. Pomyslimy, zobaczymy. Projekt jeszcze troche potrwa wiec cisnienia nie ma. Zdobywaja fundusze, zalatwiaja papierologie. Przeslal mi materialy, ale poki co moje rozbiegane oko na nie nie zerknelo. Ale niesamowite jest to, jak poprzez zupelny przypadek mozna upolowac takie jajo!

Z cyklu: bandaze. Moje poparzenie lydki cos nie bardzo... Kupilam sobie masc o wdziecznej nazwie BURNHEAL no i smaruje, bandazuje, plastruje. Strasza historie o zakazeniach larwami, co sie miesem ludzkim zywia, uslyszane juz od kilku osob, wiec cos chyba w tym jest. Dlatego nie otwieram rany na tutejsze powietrze, przez co chyba wolniej sie goi. Przechodzi mi kolo nosa konna jazda, kapiel w morzu i pewnie jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy. Ale – patrzac na psa – mysle sobie, ze lepsza noga poparzona niz amputowana.

A ten pies jest wspanialy, zwlaszcza gdy sie zna jego wdzieczne imie! A wabi sie..... TRIPOD! ;) Czyz to nie genialne? ;) ;) ;)



(z ang. trajpod – statyw, trojnogi statyw)

Thursday, March 19, 2009

och! ach! alez!

Poniewaz nieuchronnie zblizam sie ku koncowi mojego pielgrzymowania na obcej ziemi, noce zarywam, w pracy sie obijam, aby to wszystko tu umiescic.

Uwazam, ze to jest niezwykle, ze w dzisiejszym swiecie pelnym plasma tv, gadzetow i pogoni za pieniadzem jest takie miejsce na ziemi – Auroville i od czterdziestu lat dziala! Ze utopia szczesliwej krainy i marzenia o lepszym zyciu przeradzaja sie tu w rzeczywistosc. Ze mija sie usmiechniete twarze, ze czuje sie w powietrzu jakas taka zyczliwosc, ze kazdy ma tu swoje miejsce i gdy tylko chce – moze czuc sie potrzebnym i waznym. I taka atmosfera bezinteresownosci sie bardzo udziela. Ludzie wstaja rano (jak Ditte), zeby od szostej do dziewiatej zbierac warzywa w Budda Garden, ktore potem gotowane sa w Solar Kitchen, gdzie dziennie serwuje sie 1000 posilkow. Jest wielu wolontariuszy pracujacych w szkolach, nauczajacych tutejsze dzieci. Wszedzie porozwieszane sa ogloszenia z zaproszeniami, gdzie i kto jest potrzebny, co mozna zrobic, jak pomoc, w jakich warsztatach wziac udzial, na jaki koncert pojsc. I naprawde – mega szacun dla Dimada, ze tak to sobie wszystko pieknie obmyslila i ze zmobilizowala ludzi, ktorzy w to uwierzyli. Ja bym pomyslala, ze to jest niemozliwy plan i utopia kompletna. A tu prosze! Lepiej nie bede juz pisac o moim uwielbieniu, bo jeszcze przerazicie sie, ze mnie ‘wciagneli’ ;). Najlepsze jest to, ze ja nawet pojecia nie mam, kim ta kobieta byla. Ze w sumie wykazuje sie duza ignorancja – ale na szczescie kazdy jest welcome. I ten, kto wielbi Dimada i ten, kto sie nia zupelnie nie interesuje, i ci, ktorzy przyjezdzaja tu pracowac i ci, ktorzy przyjezdzaja z ciekawosci i ci durnowaci hipisi w dredach i strojach przeroznych.

Jakis dzisiaj mam taki blogi nastroj. Moze to po warsztatach z kochanka mego pracodawcy imieniem Michaele (reprezentantka Austrii). Jakis czas temu (chyba nawet o tym pisalam) rozmawiala ze mna i Marcia o trzecim oku, czakrach i kobiecej seksualnosci. Uznalam ja wtedy za zupelnie nawiedzona acz nieszkodliwa ;) Nadszedl czas, gdy zorganizowala warsztaty dla kobiet – w ziemiance nad biurem. Zjawila sie wiec nasza damska reprezentacja oraz 2 kolezanki Michaele. Jedna babcia – ktora jest newcommersem i w Auroville trudni sie robieniem kompozycji kwiatow dla Dimada i gosci guesthousu jakiegos (tak o sobie powiedziala). Druga to artystka ala przerosniete dziecko-kwiat.




Zaczelo sie od medytacji. Pozniej muzyka, jakies magiczne ruchy i pogawedka o kobiecosci. „Body is the temple of my soul” – to zajecia, ktore zmienily ponoc zycie Michaele. Ciekawa tylko jestem jak, bo skadinad wiem, ze ma czworke dzieci (12 – 24 lata). Co z nimi? Zostawila je? W kazdym razie warsztaty generalnie mnie sie nie podobaly – z wyjatkiem czesci, gdy patrzylismy sobie nawzajem gleboko w oczy (parami). Naprawde niesamowite wrazenie. Mnie trafila sie baba-kwiat. Dziwne to uczucie, gdy przez kilka minut patrzy sie w oczy, nawiazujac w ten sposob dosc intymna relacje z zupelnie obca mi osoba. Ale tak mi sie jakos milo i tkliwie zrobilo, ze Michaele tak bezinteresownie sie stara – ze przyniosla to wszystko (swieczki, poduszki, plyty), zorganizowala, zaprosila nas. Czula wielka potrzebe podzielenia sie swoimi doswiadczeniami (jakie chyba sama wyniosla ze swoich austriackich kursow). A jak sie pozniej Satprem mnie dopytywal, czy dobrze wyszlo :). Widac bylo, ze to przezywal, ze sie autentycznie ucieszyl, ze M. wprowadzila swoj pomysl w zycie i ze odniosla swoj maly sukces.

Chcialabym napisac tu o niezwyklej wizycie w Sadana Forest, ktora odbylam z Pablo i Julia jakies 2 tygodnie temu. Ale zanim tam dotarlismy (na naszych hiper mopedach) zatrzymal nas tlum Hindusow idacych ulica. Odglosy bebnow, panowie usmiechnieci, a wsrod nich mezczyzna przebrany za kobiete z wymalowana na niebiesko facjata oddawal sie tancom, hulankom, swawolom.




Droge posypywali kwiatami jak u nas na Boze Cialo. W tle widac woz drzymaly obrosniety kwiatami. Bylam pewna, ze wywoza lokalnego swietopelka na przejazdzke. Jakie bylo moje zdziwienie, gdy przyczajam sie z aparatem, by zrobic bozkowi zdjecie a tu wsrod kwiatow zwloki kobiety! Nie wiem, czy widac na zdjeciu, ale w ustach miala kwiaty i monety. Dziwne to wszystko, dziwne. Nikt nie plakal, nikt nie rozpaczal.



Po takiej przygodzie, bladzac kilka razy po drodze, dotarlismy do Sadana Forest.
Miejsce to na obrzezach Auroville skupia wielu wolontariuszy – obecnie okolo 100. Mlodzi ludzie z calego swiata przyjezdzaja tutaj, aby sadzic las.



Czyz to nie piekne? Jada do obcego kraju i poswiecaja swoj czas i sily w imie pieknej idei sadzenia drzew, aby ratowac kolejne tereny, ktore przemieniaja sie w pustynie.











Zorganizowana byla mala wycieczka po ich campusie pokazujaca, czym sie zajmuja, jakie maja problemy, jak organizuja sobie swoja ‘komune’, jak mozna sie przylaczyc itp. Sa bardzo eko – naczynia myja popiolem i plucza w systemie 4 wiader z coraz to czystsza woda.




Maja kolektory sloneczne, a w razie braku energii sa stanowiska rowerowe, gdzie mozna sobie energii ‘podpompowac’. Zdarza sie tak czasem, ze ogladaja film, a tu pradu brakuje i wtedy hop siup piec osob idzie na silownie rowerkiem prad robic ;).




A oto plac zabaw tutejszych dzieci:




Kolejna sprawa – composting toilets. Polega to na tym, ze scieki plynne i stale sa oddzielane – te plynne oczyszczane sa z pomoca trzcinowych oczyszczalni sciekow – stale natomiast sa magazynowane jako kompost i oprozniane co pol roku do nawozenia pol. W praktyce toaleta taka wyglada tak, ze mamy dwoch narciarzy – jeden na siku, jeden na ‘dwojke’. Nad kazdym z nich wisi duza kartka : ‘Here pee only’. ‘Here poo only’. W srodku nie smierdzi. Proste a jak skuteczne rozwiazanie!

Na koniec wycieczki darmowa kolacja przygotowana przez wolontariuszy – zupa, chleb, humus, salatka (nie bylo zadnej sugestii, zeby gdzies do skarbonki cos wrzucic, za to prosba, aby umyc po sobie talerz). Przed posilkiem chwila medytacji. Po posilku film – wg mnie naciagana pro-ekologiczna historyjka z przeslaniem ‘wszyscy ponosimy odpowiedzialnosc za zlo tego swiata’. Po filmie koncert bebniarzy i piekny taniec ognistej Hinduski. Potem rozmowy, ochy i achy.




Dzis wieczorem jestesmy zaproszeni na jakas szamanska impreze w lesie - tzn. ja, Julia i Pablo. Poczatkowo mielismy zegnac Julii lovelasa w jego rajskiej chatce, ale ze sprawy sie zmieniaja jak w kalejdoskopie, to jedziemy do Sadana Forest . Chyba przebiore sie za jakiegos Belzebuba :) Chociaz - pewnie nie trzeba sie za bardzo przebierac. Mialam wczoraj spotkanie oko w oko z pawiem i niestety - nie zrobilam na nim zadnego wrazenia. Nawet nie byl laskaw na mnie spojrzec, a co dopiero ogon nastroszyc. Trzeba spojrzec prawdzie w oczy - mocno juz sie w latach posunelam i nawet na pawiu nie robie wrazenia. 'Puscilam' pawia wolno. Niech sobie sam szuka szczescia.

dnia pewnego w Pondicherry - fotostory





























Wednesday, March 18, 2009

i takie takie

Chcialabym sie w tym poscie ustosunkowac do roznych spraw, o ktore pytacie.

1. smrod
Nie jest tak zle - na codzien nie smierdzi. Oczywiscie - gdzies tam ryba waniajet, gdzies tam toaleta, ale generalnie jest dopsz. Jesli chodzi o zapachy ludzkie - czesto wyczuwam tzw. 'won ciapaka', ktora jest mieszanka kadzidel i jakiegos takiego slodkawego smrodu - nie wiem, czy to pot, czy perfumy, czy czerwone prochy, ktore zuja na okraglo.

2. brud
Istnieje. Jest go duzo i lubie go. Takie klimaty slumsowe bardzo mi odpowiadaja. ;)

3. stosunek do kobiet
Tutejsze kobiety maja ciezkie zycie. Na codzien widuje sie je albo z dziecmi albo z innymi kobietami, rzadko w meskim towarzystwie. Czesto pod sklepami chodza z dziecmi na rekach i prosza bialych o pieniadze - robia przy tym taki gest przesuwajac reke od ust do potencjalnego darczyncy - i tak conajmniej dziesiec razy. Ubrane zawsze w sari, a pod nim taka krotka koszulka odslaniajaca brzuchol. Sari to po prostu dluga plachta, ktora w umiejetny sposob sie owijaja, przypinajac material szpilkami. Sa przepiekne - kolory, kolory!
Nie stronia od prac fizycznych - czesty obrazek z ulicy to kobieta noszaca ogromne ilosci drewna / wody na glowie.
Gdzie ci mezczyzni, sie pytam? Gdzie uwielbienie dla niewiast i zrozumienie, ze kobiety stworzone sa do wyzszych celow?

4. dzieci
Dzieci sa, jest ich duzo. Sprawiaja czesto wrazenie paletajacych sie bez opieki. Male dzieci nosi sie w chustach na boku/plecach matek. Wozka nigdzie nie widzialam. Nie nosza pieluch. Chyba sa podmywane na biezaco. Wiekszosc dzieci kategorii: bobas (co mozecie zauwazyc na zdjeciach) ma na sobie dwie kropki - czarna na czole i taka sama na prawym poliku. Starsze dzieci do szkoly chodza ubrane w giertychowskie mundurki. Sa 'mile i uprzejme' :) :) ;). Bardzo chetne do pozowania do zdjec.

5. morze
Jest cieple. Fale male. Piasek mily jak u nas na plazy. Roznice - nie ma wydm, zamiast sosen - palmy, duzo wiecej muszelek i piach w pewnych godzinach nagrzewa sie tak, ze parzy. Zwierzyna, ktora spotyka sie: ryby, kraby, malze, stwory w ksztalcie gwiazdy, krewetki i takie jakies duze krabo-zuki (ktore miejscowi zbieraja i zjadaja - na surowo).

6. lowienie ryb
Wybralam sie ja kiedys z Velu i jego kuzynem na ryby. Taka lodeczka-wywrotka drewniana (ze zdjec), co ja tu katamaranem zwa. Wiosluje sie wioslem, ktore wyglada jak deska. Zabralismy sieci i heja! Po ich zarzuceniu odczekalismy moze 20 minut (w tym czasie obserwowalam ich popisy w skokach i piruetach na wodzie). Probowalam tez uslyszec delfiny, ktore ponoc wydaja dzwieki typu 'kra kra', ale bez sukcesu. Moze mi sie sluch przytepil. Oprocz muszli i innych winorosli zalapalismy 10 ryb z kategorii: beznadziejnie male i jedna dwudziestocentymetrowa. Zjedlismy wszystkie ze smakiem.

7. ruch drogowy
Masakra. Jezdza jak nienormalni. Nie chodzi mi tu tylko o to, ze po lewej stronie, ale glownie o technike jazdy. Pasy nie istnieja, zasady ruchu drogowego rowniez. Kto wiekszy - ten przezyje. Gdy nadjezdza ciezarowka - wszystkie motorki usuwaja sie w poplochu na pobocza, bo takowa z definicji nigdy sie nie zatrzymuje, zeby komus ustapic pierwszenstwa. No i te klaksony. Zauwazylam podzial dzwiekowy, ze wzgledu na gabaryty pojazdu. Skutery i motory maja taki typowy odglos 'pryyyyk'. Trzykolowe riksze zwykle uzywaja takiej trabki, jak u nas pradawne rowery, ktora sie naciska - wydaje komiczny, cyrkowy odglos. Auta - klakson klasyk. Natomiast gdy odezwa sie auta wiekszych gabarytow, to zabijaja samym odglosem. To jest mieszanka 'PIIIIP', 'PRYYYYYK', 'BUUUUUUU' i 'BRZDEEEEEEEEK' pomnozona razy pincet.

Po wielu probach zrozumienia, w jakich sytuacjach uzywa sie klaksonu, doszlam do nastepujacych wnioskow. W indiach klaksonem przekazujemy takie komunikaty:
1. uwazaj wyprzedzam
2. dam rade cie ominac
3. nie dam rady cie ominac
4. zaraz w ciebie wjade
5. poboba ci sie moj motuuur?
5. pozdrawiam
6. naciskam, bo lubie

Od kiedy to wszystko pojelam, dzwiek mojego klaksonu stal sie balsamem na moje uszy, a czesto uzywany, wprowadza mnie w stan, ze jestem krolowa szosy! :)

plaza dmuchanych ptakow

Rano budowa i praca przy ceglach - blokach z ziemi, potem ucieczka na plaze z Julia. Ach! Julia ma zlamane serce. Jej nieokrzesany Romeo jest typem chlopca, ktorego nie da sie ujarzmic, wiec mocno przezywa, ze nic z tego nie bedzie. Ot taki dmuchany ptak! (jak by to ktos powiedzial :). Poeta, pisarz, piekny i uroczy, z katalogowa muskulatura i spojrzeniem za ktore wiele daloby sie zabic. Coz zrobic. Zali sie i zali, przezywa. Musialam z nia jechac dzis do jego chatki, ze niby przypadkiem przejezdzamy. Ach te kobiety durnowate! :) Ale to milo patrzec, ze "swirowanie" jest typowe, no matter jaka narodowosc.

Ta jego chatka niczego sobie :) Widok na morze, gaj palmowy, wszystkie sciezki pieknie wyznaczone, ludzie bujajacy sie w hamakach. Ale nie - ten latawiec jedzie dalej - w poszukiwaniu szczescia, bo (jak powiedzial Julii) nic i nikt nie moze zmienic jego planow. O! Taki dmuchany ptak! (kurcze - napisz mi G. jaka jest definicja tego okreslenia, bo nie wiem, czy nie naduzywam :)

Wiec zali mi sie, zali i smutno jej tak strasznie. Na otarcie lez opowiedzialam jej swoja historie. Jak sie usmialysmy! Blaga mnie, zebym jej dala zdjecia, bo pragnie opublikowac te "best story ever" na swoim portugalskim blogu. Ho ho ho! :) Slawa, prosze ja Was, slawa! Kto by pomyslal :) Ale mimo wszystko nie bede sie chyba rozprzestrzeniac na rynek brazylijski.

Jeszcze nie pisalam - ale uzaleznilam sie od picia.


Kokosow. Poczatkowo mi nie smakowaly (do tej pory nie pojmuje dlaczego) ale od jakiegos czasu kazda wizyta na plazy to conajmniej 3 wypite kokosy (80gr sztuka wraz z przyniesieniem, roztrzaskaniem, wbiciem rurki a nastepnie po wypiciu usluga rozlupania kokosa i wyciagniecia z niego jadalnych wnetrznosci - gratis :) Jakie to jest dobre! Bo te nasze tescowe kokosy to normalnie porazka (ho ho! znawczyni sie odezwala!). Te tutejsze sa jakies nie do konca dojrzale chyba, bo w srodku nie ma takiej twardej powierzchni ala wiorki kokosowe tylko pyyyyszny miazsz.

Oto i moja pani kokosanka. To ona uleczyla moja biegunke. Odtad kokosy jadam tylko spod jej tasaka.


Jesli chodzi o inne osobistosci to prosze bardzo - właaaaaaala - wspomniany wczesniej Richardo - pilot argentino:


Kelner z tybetanskiej knajpy w towarzystwie swinki morskiej (ciekawe, czy je jedza)


Pan, ktoremu natura nie poskapila:


Typowy przyklad manifestowania mesko-meskiej przyjazni:

(czesciej widuje sie mezczyzn chodzacych za rece niz mezczyzn z kobietami - aczkolwiek takie 'trzymanie sie' zupelnie nie ma zwiazku z homoseksualizmem)

Tutejszy hipi-niepelnosprawny i jego wehikul:



I na koniec BONUS w postaci mojej ostatniej autostopowej zdobyczy! Oto i moja towarzyszka podrozy (tak - wraz z calym ekwipunkiem). Jechalam tak pieknie, ze wlos jej z glowy nie spadl!

wieczorowa pora o zachodzie slonca























Tuesday, March 17, 2009

nie do wiary

Stalo sie! Dolaczylam do grona zabandazowanych. Wczoraj wieczorowa pora Anusia500 wraz ze swym bodygardem Velu wybrali sie motorem do handlarzy do Pondi. A ze Anusia500 niedoswiadczona, to zeszla z motuuura nie ta strona co trzeba, przyozdobiwszy swoja lydke znamieniem poparzeniowym. Lecze sie teraz lokalnym sposobem - aloe vera prosto z krzaka. Zrobilam sobie piekny 'zolwiowy zstepujacy lydki' (kto znal Jaszka, ten wie!) i jest git. Mam tylko nadzieje, ze owa pamiatka z czasem sie unicestwi, nie pozostawiajac po sobie sladu w postaci blizny.

Czasem zaluje, ze nie jestem chlopcem. Wydaje mi sie, ze panowie handlarze powazniej by mnie traktowali. No ale nic to - nawiazalam konszachty z dwojka i teraz ropoczeli boj o klienta - wydzwaniaja do mnie przekonujac mnie, ze ten ma lepsze szwy, ze ten ma piekniejsze kolory, a ten ze better quality i takie takie. Nie wiem co robic - ktorego wybrac - ale zdam sie na moja kobieca intuicje, ktora prawie zawsze mnie zawodzi :P.
Z powodu tej proby 'zarobienia na zycie' musialam zrezygnowac z free dance classes, a takze z zaplanowanej wczesniej konnej przejazdzki (z powodu lydki).
Ploteczka a propos free dance classes. Jeden z tutejszych Auro-niemcow stracil zone na tych zajeciach - po prostu potanczyla sobie dalej przez zycie z poznanym tu amatorem tanca. A Kailasz (nie wiem jak to sie pisze) widac, ze zrobic chce to samo - bo regularnie tam chodzi na 'poszukiwania'. Trzeba miec sie zawsze na bacznosci! :)

Ale nie ma co rozpaczac, ze mnie owe zajecia ominely, bo dzieki temu zrobilismy z Velu super turbo nalesniki (on pracuje i mieszka w domkach przy samej plazy - stoi sie przy patelni z widokiem na morze). Poopowiadal mi wiele ciekawych rzeczy o sobie i swojej rodzinie. M.in. to, ze niedawno musial ogolic sie na lyso, bo juz nie mogl wytrzymac prosb swej matki. Historia jest nastepujaca: urodzil sie w pobliskiej wiosce rybackiej jako jedno z szesciorga dzieci. Gdy mial okolo roku, powaznie zachorowal. Matka wtedy wznosila prosby do Boga (bogow?) o jego uzdrowienie i z tego, co zrozumialam, zobowiazala sie zrobic pewne rzeczy, jesli Velu przezyje. Jednym z tych postanowien bylo wlasnie ofiarowanie wlosow Velu i zgolenie ich w swiatyni przed obliczem jakiegos bozka. Tak tez uczynil. Inna rzecza - ktorej poki co nie zrobil i zrobic nie zamierza - jest przebicie sobie policzkow takim wielkim kolcem, celem wyrazenia wdzieczosci dla Boga. Mowi, ze raz w roku odbywa sie w kazdej wiosce festiwal, na ktorym zawsze znajduje sie okolo 20 osob, ktore w ten sposob dziekuja. Wklada im sie miedzy usta cytryne (zeby latwiej zniesc bol) i przy pomocy dlugiego na metr kolca przebija sie najpierw jeden, potem drugi policzek. Na koncach preta mocuje sie cytryny (zeby chyba bardziej bolalo). Ponoc krew nie leci. Wszystkie te osoby ubrane w zolte szaty (kobiety i mezczyzni, czasem nawet dzieci) ida korowodem wokol wioski i musza zatrzymywac sie przy kazdym domu i niejako blogoslawic mu. Za nimi ida tez tacy, ktorzy zdecydowali sie powbijac sobie igly w rozne czesci ciala - tez ubrani na zolto. Pytam go, jaki on stosunek do tego wszystkiego. Mowi, ze ci ludzie sa "crazy" ale naprawde gleboko w to wierza, jego rodzice rowniez.

Myslalam, ze sprawy typu aranzowane malzenstwa sa juz historia, ale nie! Jakie tam sa silne wiezi rodzinne, to jest po prostu nie do wiary! Jak on (28letni chlopak!) mowi z jakas taka trwoga o swoich rodzicach, ze np ostatnio sprzeciwil im sie, ze nie chce, aby szukali mu zony! Mowi : "Mama please, I'm not ready yet. I wanna live my life, I'm happy like this". A rodzice niezadowoleni z jego zycia i pracy tutaj. Mysla moze, ze biali turysci sprowadzaja go na zla droge. Woleliby, zeby byl typowym rybakiem. Ale coz... Bunt mlodzienczy! :)
Wszystkie pieniadze, ktore tu zarabia, oddaje rodzicom - bo maja do splacenia dlugi za posag jego siostry! W zyciu bym nie przypuszczala, ze Velu aka rescue-bohater prowadzi takie mocno tradycyjne tutejsze zycie. Zupelnie nie wyglada!
Rodzina to jest jak jakas zamknieta wspolnota - jej czlonkowie nie zarabiaja indywidualnie lecz wspolnie zarzadzaja pieniedzmi. Siostra Velu wyszla za maz - jej posag wynosil 250 tys rupii (wysokosc kwoty dyktuje strona pana mlodego) i teraz wszyscy musza na to pracowac. Dziwne, dziwne. A w przypadku Velu - gdy bedzie chcial sie ozenic, to rodzice i krewni wybiora sie do sasiednich wiosek na 'poszukiwanie'. Beda chodzic do domow, gdzie sa jakies panny i wypytywac sasiadow o wszystkie ploteczki: czy kandydatka jest dobra, jaki ma charakter itp. Pozniej spotykaja sie z rodzina tej niewiasty. Jesli rodzina wydaje im sie w porzadku, to prosza o zdjecia przyszlej panny mlodej i pokazuja je synowi. Na ich podstawie i relacji rodziny syn podejmuje decyzje. Jesli nie akceptuje - szukaja dalej. Nie wiem tylko, czy kobieta ma cos do powiedzenia. Strona pana mlodego ustala, ile pieniedzy zona powinna wniesc w posagu. Jesli druga strone na to stac - interes ubity. Organizuje sie przyjecie - zareczyny, na ktorych to mlodzi widza sie czesto po raz pierwszy. Potem slub, rodzina, dzieci i znowu sie zaczyna. Oczywiscie lepiej miec synow, bo wydanie corki za maz sporo kosztuje. I potem biedny Velu musi tyrac na siostry! Dobrze, ze juz wszystkie trzy wydali za maz. Teraz tylko 3 synowie zostali wiec kasiura naplynie do rodzinnej sakiewki.

Z innych ciekawostek - przed slubem prawie wszystko jest niedozwolone. Zapytalam go, co by sie stalo, gdybym ja byla Hinduska i ktos by widzial, ze sobie tak tu siedzimy na plazy wieczorowa pora. On na to, ze musialby sie z takowa ozenic. Ponoc wyglada to tak, ze gdy ktos zlapie niezameznych rozmawiajacych razem sam na sam wieczorowa pora lub nie daj Boze sypiajacych to automatyczny slub. Jakas wazna persona w wiosce bierze grzesznikow na rozmowe i nakazuje im sie pobrac. Jest to korzystne dla kobiety, bo jej rodzina nie musi wtedy placic posagu. Ale bardzo mnie to zdziwilo, ze wsrod tej calej turystycznej otoczki zaraz obok istnieje taki ciemnogrod i spoleczne zniewolenie.

Jako wypelniacz wklejam zdjecia mojego pokoju i okolic (moze niejasno wczesniej napisalam, ale w bamboo-domku mieszkalam tylko 1 noc - teraz mieszkam w ziemiance)





Monday, March 16, 2009

hopsa husa husa - oto dom z bambusa!

Ten post postanowilam zilustrowac obrazkiem muzycznym ;)
W wolnej chwili zachecam do wysluchania piesni ‘the house of bamboo’:
http://www.youtube.com/watch?v=dTIq5lm3Bi0

A oto i fotostory z domu, ktory odwiedzilismy w ramach zdobywania wiedzy o konstrukcjach bamboo-earth. Sciany domu sa oparte na siatce bambusowo - drewnianej, przykrytej glina. „Dom” sklada sie z 3 budynkow: czesci dzienno-sypialna, kuchni, lazienki oraz czwartego – w budowie. Dookola piekny ogrod, woda (jako zapora przeciw mrowkom) wokol domu, palmy. Bardzo mnie sie podobal styl owej hawiry i urzadzenie domu z dbaloscia o kazdy szczegol – widac w tym ogromna pasje mieszkajacej tu Francuzki.













KPWG:
1. Tam po raz pierwszy natknelam sie na weza. Bez blizszych doznan.
2. Niedawno droge przebiegl mi pomaranczowy jaszczur – ot taka miniaturka dinozaura.
3. Widzialam tez zwierze futrzaste, ktorego nazwac nie umiem – taka jakby wieksza i wydluzona tchorzofretka.
4. Zrozumialam zagadke innego psa z naszej okolicy. Zawsze siedzi w tym samym miejscu, do znudzenia. Myslalam, ze jest jakis psychiczny ;) Ale okazalo sie, ze brak mu jednego odnoza. I tu moj niepokoj – czy aby nie padl ofiara maniakalnych sklonnosci operacyjnych mojego pracodawcy? Innymi slowy – czy z braku innych zwierzat, nie amputowano mu nogi w ramach jakiegos chirurgicznego eksperymentu? Coz... Nie mozna tego wykluczyc.

Sunday, March 15, 2009

dzik jest dziki

Zaczynam dziczec. Stronie od towarzystwa. Meczy mnie poznawanie nowych ludzi i rozmowy typu „where are you from, what do you do, in which community do you live”. A co was to piiiiiiiiiiip obchodzi? – cisnie mi sie na jezyk. Owszem – spotyka sie tu ciekawych ludzi ale paczka, ktora mam, w zupelnosci zaspokaja moje towarzyskie potrzeby, wrecz w nadmiarze. A juz do szalu doprowadzaja mnie Hindusi z plazy typu „foto foto, łicz kantry ju from?”. Dzisiaj do tego wszystkiego dolaczyla zgryzota, ze idac do morza jakies ciapackie rece i nogi niby przypadkiem sie we mnie pod woda zaplatywaly. A poszli na drzewo! Od tej pory kapieli zazywam z obstawa.


Skoro juz poruszylam temat ciapato-wodny, to musze tu przelac na ekran taka zagwostke – jak to jest mozliwe, ze 90% ludzi tutaj nie umie plywac? Maja ocean pod nosem, jest cieplo, rozrywek innych za bardzo nie ma, a oni nie umieja plywac! Kobity rozgrzeszam – bo sa tutaj uciemiezone i nie moga ani ramienia pokazac a co dopiero w stroj kapielowy sie przyodziac.

Tutejsze niewiasty kapia sie, a w zasadzie mocza, w sari – wiec chyba tylko stylem „na weza” moglyby poplynac, ale nauczyc sie go trudno.

Ale przedstawiciele plci brzydkiej? Dlaczego oni nie plywaja? To jest wrecz komiczne. Organizuja sobie tu na plazy taka rozrywke, ze ubrane stada Hindusow w pomaranczowych kapokach wchodza do wody i sie taplaja. A na twarzach, zamiast poczucia zenady, maluje sie bloga satysfakcja i duma, jakby nosili mundur strazaka.





Wracajac do mojego dziczenia. Wczoraj wyciagnal mnie Arne (kolega z Youth Centre – co myslalam, ze ma 18, a ma 23) na kolacje. Pojechalismy jego moturem do Pondicherry. Normalnie Paryz – Dakar, bo jechal inną drogą na skroty – przez wyboje, dziury i kaluze. Jedlismy na dachu jakiejs ekskluziw knajpy z Hindusami pod krawatami. Jedzenie tak pikantne, ze nawet mnie (znanej i lubianej smakoszce ostrych potraw) wykrecalo podniebienie.

Wszystko cacy-cacy, tyle ze pozniej chcialam sie go po prostu pozbyc, pojsc na plaze gwiazdy ogladac, ale nie! Musialam w koncu powiedziec prosto z mostu KAMOON – chce byc sama.


Dlatego towarzysko najbardziej odpowiada mi Velu – tutejszy rescue-bohater-sloneczny patrol, ktory zasypuje mnie roznymi ciekawostkami ze swojej pracy (w ostatnim tygodniu – 2 samobojstwa i jedno utoniecie po pijaku). I przynajmniej zawsze ma cos do zrobienia, nie przeszkadza mu, ze jestem dzika i chodze wlasnymi sciezkami i nie probuje „niby przypadkiem” mnie ujarzmic. I to sie ceni.

Bylismy dzisiaj w Pondi na motuuuuurze. Chcialam pogadac, w przebraniu Anusi500, z pewnym handlarzem ;). Musze jakis maly biznesik zrobic, bo pusto, oj pusto w sakiewce. Ale stragan zamkl byl sie, wiec pojdziem tam jutro.


Potem zawiozl mnie na inna plaze (pustki, zero bialych na horyzoncie). Tam wlasnie weszlam z aparatem do wody i nawiazalam nowe znajomosci z lokersami. Poznajcie moja super-mega-turbo-endoskopowa kolezanke w kilku (nastu?) odslonach oraz jej ziomali ;)




















Velu motorem, a ja plaza szpacirengejen na Aurobeach. W miedzyczasie moja nowa kolezanka zabrala mnie do swojej wioski.

















Potem juz na wlasnej plazy jak w domu: znajomy goracy piach, znajome twarze. Moje zdziczenie siegnelo zenitu, gdy specjalnie odczekalam, az moi lezakowi dwaj towarzysze zjedza i dopiero potem sama sobie poszlam do plazowej jadlodajni. Czy to nie jest niepokojace?

Zjadlam sobie humus z salatka (swoje zoladkowe dolegliwosci wyleczylam – czesciowo pewnie dzieki tajemnym japonskim pigulkom, ktorymi obdarzyl mnie Pablo) i polezalam sobie w hamaku. Na 17:30 mialam lekcje jogi. Pod tym wlasnie pieknym drzewem, gdzie seans mial miejsce, zostawilam swoje okulary sloneczne, by juz ich nigdy nie odnalezc ;(.



Pi-eS: Juz wiem dlaczego nikt tu nie uzywa papieru toaletowego! Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi wiadomo o co. Podczas moich ostatnich zoladkowych przebojow wyczerpalam caly swoj zapas. Wzielam w sklepie 3 kolejne rolki, daje banknot 20 rupii a kolo mi mowi 120! Yyyyyy? Wzielam wiec jedna i bede oszczedzac, bo na pewno nie znize sie do poziomu pryskania ;)


wojownicza ksiezniczka Bozena

Oto jaki anonim dotarl do mnie dzis na gg:

Wrozka Elwira zawiadamia: ktos wpisal Twoj numer gadu gadu uzywajac opcji "Rzuc klatwe".Aby dowiedziec sie wiecej, kliknij: http://www.szorcik.pl/279

Kto to zrobil?! Przyznac sie! Radze nie igrac z ogniem, bo ja wiele moge - z pomoca ducha Dimada i pylku z bambusa, w pelerynie wojowniczej ksiezniczki Bozeny. Wiec ten teges. Uwazajcie!

Friday, March 13, 2009

inside myself

W pracy ruszamy do przodu z bambusem. Cos tam sie wynurza, wzielam swoja dzialke – konstrukcja scian, okien i dachu. Robimy emergency shelter – na planie nota bene 4x4m ;).

Po pracy pojechalam z Pablo na obiad. Zaciagnal mnie do tybetanskiej knajpki. Poczulam sie jak w Nepalu i zatesknilam za tybetanskim klimatem. A kelner jaki wspanialy – taki sniady, z lekko skosnymi oczami, typowo piekno-nepalski. Ach! Mowie Pablowi, zeby jechal tam koniecznie, zeby zobaczyc, jacy tam ludzie sa cudowni. On mi na to: tu przeciez tez sa cudowni. Ehhh... Nie da sie tego tak prosto oddac - roznicy miedzy rynsztokiem a gorskim strumieniem. Moze to Himalaje, moze to uroda, a moze to po prostu inne serca.

Patrzylam jak Pablitto zajada chicken momo, popijajac sok z limonki. Moj zoladek jeszcze nie doszedl do siebie, aczkolwiek jest na dobrej drodze (stopy podobnie). Potem mialam ‘kaprycho’ isc na plaze, sama najchetniej, ale poszlismy razem. Nie bylo nikogo. Siedzielismy sobie, rozmawiajac o roznych powaznych sprawach (kategoria: zycie) patrzac, jak ksiezyc wschodzi coraz wyzej, a na niebie pojawia sie coraz wiecej gwiazd. ManifiQ! – jak by to powiedzial nasz sunny boy Żeremiii.

Po powrocie do ziemianek mialam potrzebe oddania sie swoim dziwacznym myslom w samotnosci, z djarumem w dloni. W tym celu poszlam pod palme, polozylam sie na lawce i zaczelam kontemplowac ksiezyc (kategoria: prawie w pelni). Nie trwalo to dlugo, bo przyblakal sie Żeremi. Podyskutowalam z nim troszku na temat dlaczego zgolil wasa, zanim zdazylam mu zrobic zdjecie. On wraz z arch. imieniem Varun (tubylec) postanowili symultanicznie zapuscic wasa, aby upodobnic sie do panujacych tu zwyczajow. W tych tropikalnych okolicznosciach przyrody, kazdy szanujacy sie Hindus was posiada. Czerrrrrrne wasidla, najlepiej wchodzace w usta przy rozmowie. Ale Jeremi nie wytrzymal dlugo – wytlumaczyl mi, ze to takie uczucie, jakby mi ktos kazal chodzic umalowanej szminka centymetr wokol ust: do pracy, sklepu, knajpy. Coz...

Pobylam znowu chwile sama, a tu Pablo wymywszy zeby pyta co i jak. Potem przybywa rozanielona Julia ze swoim zdobycznym poeta – Denisem na skuterze ;) Sie dzieje. Samemu byc nydyrydy. Na drugi raz trzeba zwiewac pod inne drzewa, na inne lawki tudziez hamaki.

Co jest piekne:
Zabandazowany pies spiacy pod moimi drzwiami.
Zaby, ktore w nocy glosno rechocza.
Ksiezyc, zwlaszcza gdy jest nisko.
Wschod ksiezyca nad oceanem.
Widok na gwiazdy spod palmowych lisci.
Psy i krowy pokladajace sie noca na drodze.
Ze kazdy ma swoj bagaz historii do opowiedzenia.
Ze kazdy czegos innego tutaj szuka.
Ze wielu odnajduje.
I te paradoksy:
Tak trudne zycie, a tak szczesliwe oczy.




Thursday, March 12, 2009

pelnia ksiezyca

Deszcz. Kleska zywiolowa. Mialo nie padac do czerwca a tu nagle woda z nieba! Padalo tak dzien caly i nie do konca wiedzialam, czy odbyc podroz do swietej gory czy nie, zwlaszcza ze prognozy pogody na noc nie byly zbyt optymistyczne.

Zdecydowalam sie jednak jechac do Thiruvannamalai. W tym celu musialam sie zwolnic z pracy dnia nastepnego. Jakze sie ucieszylam, gdy Velu zadzwonil do mnie i powiedzial, ze jego znajomi tez jada na pelnie ksiezyca i ze moge sie z nimi zabrac. Umowilismy sie wiec po mojej pracy na przystanku. Te dwojke, o imionach Sivani i Mark, poznalam juz wczesniej, gdy zajadalismy sie wspolnie rybami (ale o tym kiedy indziej).





Z Pondicherry zdazylismy w ostatniej chwili na autobus wypchany po brzegi lokersami. Jazda 3,5 h. Ja z Sivani siedzialysmy prawie na kierowcy – chyba na skrzyni biegow – ciagle nas tylko tracal, gdy chcial zmienic bieg. Mark natomiast zalegl na podlodze. Smieszne to jest uczucie, gdy podnosi sie wzrok i patrzy na lokersow a ich wszystkie oczy wpatrzone w bialego czlowieka. Jak w malpe normalnie.

Nasza druzyna pt. ‘pojednanie miedzy narodami’ skladala sie z przedstawicieli narodowosci izraelsko-niemiecko-polskiej. Niesamowite. Tak sobie pomyslalam, ze zyjemy w tak lepszych czasach, ze jestesmy wolni, nic nas nie ogranicza, mozemy sie przyjaznic i jezdzic wspolnie na wycieczki. Ze owszem – kazdy ma swoja trudna narodowa historie ale dzis jestesmy razem w zupelnie innym kraju. Dla mnie mialo to taki wymiar, ze swoim wspolnym wyjazdem manifestujemy de facto pojednanie.

Sivani byla w Polsce – na typowej wycieczce dla Izraelitow: Krakow plus obozy koncentracyjne. Opowiadala troche o tym, jak z flagami Izraela chodzili na plecach i zwiedziali rozne miejsca.

Jej dziadek natomiast sluzyl w polskiej armii.

Niemiec milczal...

Po niezwykle meczacej podrozy dotarlismy do Thiruvannamalai. Tzn musielismy sie zatrzymac wczesniej, bo drogi byly pozamykane. Tlumy ludzi.

Sivani zaprosila mnie do swojego apartamentu, chciala wziac prysznic i zostawic swoje rzeczy, a potem mialysmy spotkac tam sie z Markiem i wspolnie wyruszyc. Wynajmuje tu mieszkanie z pieknym widokiem na swieta gore, na uboczu, z tarasem na dachu. Posiedzialysmy, pogadalysmy a gdy przyszedl Mark poszlismy posiedziec na rooftop popijajac tutejsza herbate (ktorej nienawidze, aczkolwiek ta byla wylacznie na mleku, z cynamonem, gozdzikami i smakowala). Pelnia ksiezyca, cienie palm a w tle zarys gory. Cisza, spokoj. Joint miedzy narodami.

Okolo pierwszej w nocy wyruszylismy. Poczatkowo w sandalach, az dotarlismy do miejsca, gdzie korowod Hindusow przemierzal w tym samym kierunku szlak wokol gory. Wszyscy na boso. Sandaly zostawiali w przechowalniach, ktore na te okolicznosc powstaly na chodnikach. Postanowilam sprobowac przejsc dwudziestokilometrowa trase na boso – glownie chyba dlatego, ze nie zdawalam sobie sprawy, jaki to jest dystans te 20km i jak bardzo inaczej postrzega sie odlegosci kroczac na boso. Poza tym, wokol owej swietej gory pielgrzymuje sie zwykle w jakiejs intencji. Ja mialam dwie (bo nie wiedzialam, na ktora sie zdecydowac). Wiec przekalkulowalam, ze idac w sandalach, nie ma szans na ich spelnienie ;)

Mark nie zrezygnowal z sandalow, Sivani zarzekala sie ze bedzie isc boso ale jak sie jej odechce, to nie dokonczy marszu i wroci riksza. Ja mialam cel – przejsc calosc chocby nie wiem co.

Najlpierw powoli, jak zolw ociezale, ruszyly me stopy po drodze ospale. Mialam nadzieje, ze z kazdym krokiem coraz bardziej przyzwyczaje sie do kamolcow i innych takich – niestety bylo zupelnie odwrotnie. Im dalej, tym gorzej. Ulge przynosily kaluze. Doprawdy nie pojmuje, w jaki sposob ci Hindusi ida boso nie majac wymalowanego cierpienia na twarzach. Czy oni maja inne stopy, czy jak?




Cala trasa uslana jest roznego rodzaju swiatyniami. Sivani byla dla mnie niezwyklym przewodnikiem. Zafascynowana kultura Indii, tlumaczyla mi wszystkie zwyczaje i mowila, jak sie zachowac w tych swiatyniach. Przy wejsciu palil sie zwykle taki duzy znicz, do ktorego ludzie wrzucali male kostki parafiny by podtrzymac ogien (do kupienia w czasie drogi). Kladli nad plomieniem rece a nastepnie wykonywali ruch wokol glowy, jakby chcieli przekazac na nia cieplo ognia. W swiatyni zawsze byl jakis bozek – nie rozpoznaje ich zupelnie, wiec nawet nie wiem, czy w kazdej inny, czy sie powtarzaja. W wiekszych swiatyniach robi sie tzw. pujab (nie wiem, czy dobra pisownia) – czyli przejscie zgodnie z ruchem zegara wokol centralnie ulozonego bozka.






Oprocz swiatyn, na ulicy porozkladane byly roznorakie „stoiska”. W jednym z nich bylo to:
Po prostu zwalilo mnie z nog. Prosze ja Was – przedstawiam Wam super high-tech maszyne, do przepowiadania przyszlosci z reki!



Polega to na tym, ze pan odbija dlon umoczona w jakims plynie na kartce a4, nastepnie posypuje kartke popiolem (ktory rozmieszcza sie wokol odbicia reki) i kartke te umieszcza w czyms rodzaju pieca? skrzynki pocztowej? (na zdjeciu z lewym dolnym rogu machiny). Nastepnie naciska kilka przyciskow na klawiaturze komputera, pyta ENGLISZ? ENGLISZ? A z drukarki wyskakuje przepowiedziana po angielsku przyszlosc! Coz za fantazja, coz za pomyslowosc! Smialam sie z tego potem jak nie wiem co ;). Przy komputerowym wrozbicie natomiast zachowywalam nalezyta powage.

Pozwole sobie zacytowac poczatek mojej wrozby:


“THE NEW COMPUTER PALMISTRY:

This Computer scanning the inner part of hand, the thumb, with all lines, marks, and your palm’s mount of Moon, mount of Mars, mount of Mercury, mount of Sun, mount of Saturn, mount of Jupiter, mount of Venus.

Now, this Computer clearly predicts your fortune as follows:”


I tu sie zaczyna – co tez mnie spotka, jak bedzie mi szlo w pracy, biznesie itp. Wiec, jak to w tych wrozbach bywa, za 181 dni czeka mnie wielka kasa. Zapraszam wtedy wszystkich na piwsko!

Pozniej jeszcze natrafilam na robota (przepowiadal przyszlosc po tamilsku poprzez sluchawki) a takze na wzbogacona wersje wspomnianej maszyny – wydaje mi sie, ze w tym modelu rece przyklada sie bezposrednio do ekranu.



Mark po pewnym czasie uznal, ze jestesmy za wolne (latwo mu mowic, skoro mial sandaly) i ze zatrzymujemy sie zbyt czesto (przy kazdym prawie stoisku ;). Rozstalismy sie wiec.

Zaczelo tez troche padac – schronilysmy sie wraz z grupa Hindusow w takim przydroznym opuszczonym budynku, ktory chyba pelnil funkcje dzikiej toalety, sadzac po zapachu. Ale jesli chodzi o pogode – to nie bylo tak fatalnie, jak mialo wynikac z prognoz. Bylo troche chmur, ale spomiedzy nich co jakis czas pojawial sie ksiezyc w pelni. Fantastiko. Patrzenie na rzeke bosych Hindusow kroczacych wokol swietej gory przy pelni ksiezyca – bezcenne.



Wsrod marszu miedzy swiatyniami, grajkami, sudhu i straganami natrafilysmy na wrozbite, ktory dysponowal tlumaczem angielskim. Wrozyl z reki – jak kompjuter – tyle ze w cenie 10 razy wiekszej. Skusilam sie w ramach „kto bogatemu zabroni” ;) Zapytal o wiek, imie matki, ojca, i takie rozne, po czym zerknal na moja lewa reke (przez lupe). Zaczal wywod po tamilsku a tlumacz powiedzial:

„It looks like you have been recently cheated by someone whom you trusted.” A ja w szoku. W szoku rowniez Sivani, ktora wiedziala co nieco, co sie u mnie ostatnio dzialo i w jaki sposob trafilam do Auroville. Wrozbita powiedzial mi wiele rzeczy „na temat”, ktorych tu moze nie przytocze (musze pomyslec o zalozeniu pod-bloga pt. prajwet). Wsrod slow, ktore wypowiadal, naprawde zdumiewajaco wiele „trafil”. Orzekl takze, ze za 2 lata bede miala wspanialego meza, ze urodze blizniaki. Zapytalam wiec jakiej plci. A on na to z pelna powaga: „A skad mam wiedziec? Przeciez Bogiem nie jestem” . Tak jakby to, co powiedzial wczesniej, bylo oczywista oczywistoscia. Zatem – jesli wierzyc w statystyki trafnosci jego wypowiedzi – za 2 lata blagam Was o pomoc przy pieluchach!


Po mnie, na wrozbe skusila sie rowniez Sivani. Nie sluchalam, co jej tam mowil, bo musialam dojsc do siebie po moich rewelacjach.




I tak oto minela noc, zaczelo wschodzic slonce, a stopy puchly... I bolaly bardzo. Ale meznie kroczylysmy dalej. Pod koniec petli wokol gory bylo juz zupelnie jasno. Weszlysmy do glownej swiatyni w miescie – ladna.




Bylam juz tak wyczerpana, ze nawet nie mialam sily rozmawiac. Jednym z ostatnich punktow byl Ashram kogos tam. Zaleglam tam w kucki pod sciana, wsrod medytujacych, po czym Shivani (ktora obchodzila jakiegos bozka dookola chyba z 10 razy) dala mi znak, zebym szla na druga strone, bo to sciana meska. Jak ja bylam zmeczona! Bolaly mnie nie tylko stopy ale i nogi cale, bo chodzac na boso zauwazylam, ze inaczej wlasne nogi obsluguje. Sivani znosila to duzo lepiej niz ja. Walczac ze soba dotarlam na boso do miejsca, gdzie zaczelysmy wedrowke. Uczucie bolu, wzruszenia i satysfakcji, ze sie udalo. I ze byc moze zyczenia sie spelnia.


Postanowilam isc z Sivani do jej mieszkania (juz obuta) i zdrzemnac sie troche przed podroza. Wczesniej myslalam, ze popedze od razu do autobusu i wroce do Pondicherry. Nie przewidzialam tylko, ze bede az TAK wyczerpana. Dowloklysmy sie ostatkiem sil i zaleglysmy na lozkach. Probowalam powyciagac rozne ciala obce, ktore zamieszkaly w moich stopach, ale okazalo sie, ze nawet na to nie mam juz sily. Gdy sie obudzilam, musialam mocno wycwiczyc sile woli, aby zmusic nogi do chodzenia.

Pozegnalam sie z Sivani, zdajac sobie sprawe, ze pewnie juz sie nigdy nie spotkamy... To zdjecia miejsca, gdzie S. mieszka zrobione, gdy juz szlam na autobus:







Na szczescie w autobusie mialam miejsce siedzace – miedzy dwiema Hinduskami, ktore co chwile sie na mnie pokladaly we snie. Dotarlam do Auroville okolo 16, zaleglam na lozku prawie nieprzytomna. Potem sie zaczelo odchrowywanie pielgrzymki. Drzazgi w stopach. Biegunka, goraczka. Nieprzespana noc. Dzisiaj sie kurowalam, spiac caly dzien prawie, zajadajac sie weglem i innymi specyfikami. Jest juz lepiej, aczkolwiek nie idealnie. Ale bedzie dopsz. Warto bylo.


Czasem potrzebuje wyczynu, zeby moc cos zmienic, zaczac od nowa.


a tancz tak, jakby nikt nie patrzyl...

Dzisiaj chyba pojade lekko sentymentalnie.


Kilka dni temu bylam na koncercie choru, skadajacego sie z mieszkancow Auroville. Glownie biali, kilku Hindusow – w sumie moze ze 30 osob. Koncert odbyl sie w takim japonskim domku – tylko wybrancy mieli krzesla, reszta w kucki na podlodze. Jakie to bylo przejmujace! Spiewali muzyke powazna – sakralna – msza Mozarta, Ave Maria itp. Zadnych piesni wychwalajacych Dimada, ot taki typowy repertuar. Wiadomo – nie do porownania z chorem opery ale naprawde pieknie byli wycwiczeni. Glownie osoby po 40stce. Kazdy glos mial osobny kolor koszul - pastelowy od fioletu do czerwieni. Jak pieknie spiewali, jak cala sala dudnila, jakie to bylo wszystko glebokie i piekne. Ogarnialo mnie wzruszenie i mysl – to jest niesamowite, ze ci ludzie sie tak spotykaja, ze dziela sie ta muzyka z innymi, ze w tym calym chaosie i tropiku potrafia wytworzyc atmosfere zupelnej powagi, skupienia i artyzmu.

Jest tu wiele miejsc niezwyklych. Wraz z Pablo wybralismy sie na warsztaty taneczne – free dance classes. Na poczatku siedzielismy w okregu na podlodze, kazdy sie przedstawial i mial powiedziec jedno slowo, ktore mu na mysl przychodzi. Zajecia prowadzila kobieta – i na poczatku powiedziala, ze dzisiejszy zestaw muzyczny dedykuje swojemu mezowi z okazji 50-tych urodzin. Z glosnikow poplynela wolna muzyka. Lezac na podlodze, niektorzy powoli zaczeli sie ruszac. Ja poczatkowo bylam zupelnie skrepowana – bo ani nie wiedzialam, co mam robic i generalnie swiadomosc, ze tancerka ze mnie zadna, powodowala lekki paraliz. Patrzylam na tych wijacych sie po podlodze ludzi (ok. 50 osob) jak na kosmitow. Cos tam ruszylam to reka, to noga, ale czulam sie nie na miejscu. Warsztaty te trwaly 2 godziny i zaczely sie wolna muzyka, poprzez coraz szybsza – konczac znowu na wolnej. Dalo sie zauwazyc powolne powstawanie z pozycji lezacej do homo erectus. Ludzie plyneli w rytm muzyki, co tu duzo mowic – nie umiem tego opisac – ale wierzcie – bylo to po prostu magiczne. Czasem napotykajac kogos, laczyli sie w pary, trojki, czworki. Ci bardziej doswiadczeni wyginali swoje ciala w niesamowitych splotach, podnoszac sie i opadajac nawzajem na siebie. W pewnym momencie doznalam uczucia pragnienia tanczenia z zamknietymi oczami. I poplynelam.
Ale najcudowniejsze bylo dla mnie patrzec, jak kobieta prowadzaca tanczy ze swoim mezem. Obydwoje Aurovillanie (ostatnio zauwazylam, ze mozna ich poznac po niezwykle wyprostowanej sylwetce - moze to skutek jogi?). Pieknie wygladali – wysocy, szczupli, ubrani w luzne, bawelniane ubrania w kolorach ziemi. Tanczyli z wieloma osobami, ja nawet mialam okazje tanczyc z panem mezem, ale gdy trafiali na siebie, gdy odnajdywali siebie nawzajem wsrod wszytskich osob... Wydawalo sie, ze swiata poza soba nie widza. Tanczyli jak zaczarowani, podnoszenia, przytulania i te spojrzenia. Doprawdy magia! Tak pieknie mozna tancem wyrazic milosc, tak prawdziwie.

Na tych zajeciach po raz pierwszy spotkalam kogos z ojczyzny – Polke imieniem Marlena (chociaz srednia z niej Polka, bo od lat mieszka w jUeSej). Pozniej gromada poszlismy na kolacje do solar kitchen. Tam porozmawialam sobie z panem Aurovillaninem narodowosci argentino. Historie tych ludzi sa niesamowite. Pana owego kojarzylam z plazy, bo chodzac do wody, zostawialam mu pod opieka swoj plecak. Richardo – bo tak ma na imie – pracuje tutaj jako stolarz – robi meble, okna, drzwi. Od lat 20-stu. W Argentynie natomiast byl pilotem. Znudzilo mu sie zycie w miescie, spanie po hotelach itp. Zapragnal zmiany, wyjechal na wies, zajal sie budowaniem domu, dojeniem krow i generalnie chcial obcowac z natura. Wybrawszy sie do Indii na wycieczke i trafiwszy do Auroville – wrocil do Argentyny juz tylko po to, zeby spakowac swoje rzeczy. Znalazl swoje miejsce na ziemi. Czego i mi zyczyl ;) Wypytalam sie go rowniez o pielgrzymke, ktora podczas pelni ksiezyca Hindusi odbywaja wokol gory w miejscowosci Thiruvannamalai. Czy jechac samej, czy bezpiecznie i czy warto. Chcialam jechac z Velu, ale nie moze sie zwolnic z pracy. Zachecil mnie, zeby jechac, ze niesamowite przezycie, ze jest bezpiecznie, ze jezdza tam ludzie religijni, ze dzieci chwyca mnie za rece (jako nietypowego bialego czlowieka) i ze bedzie dobrze.

KPWG:
Po tych sentymentalnych wydarzeniach, w nocy nastala szara rzeczywistosc. Budzimy sie z Julia w nocy, z poczuciem, ze ktos lub cos grasuje nam po pokoju. Kilka ruchow latarka – nikogo nie ma. Pomyslalysmy, ze to wiatr ale niestety – to cos budzilo nas jeszcze w nocy 4 razy. W koncu zorientowalysmy sie – szczur. Jego nocna praca polegala na wyciaganiu z mojego plecaka batonow (zlozonych z orzechow zlepionych miodem) i ciagnieciu ich wzdluz pokoju pewnie do swojej tajemnej kryjowki. Tego szczura nie poznalam oko w oko, ale kilka dni wczesniej przebiegl mi taki czarny, ohydny przed skuterem. Na sama mysl, ze taka poczwara miala czelnosc zawitac w nasze progi, ogarnialo mnie obrzydzenie.

KPWG foto:








Zwrotka tej piosenki jest mi ostatnio bardzo bliska.

„Kochaj tak, jakby cię nigdy nikt nie zranił,
a tańcz tak, jakby nikt nie patrzył.
Śmiej się tak, jak tylko dzieci śmieją się.
Żyj tak, jakby tu było niebo.”








Monday, March 9, 2009

tarcie, podtarcie

Jak pewnie niektorzy z Was doskonale wiedza, wsrod roznych celow mojego przyjazdu tutaj, jest tez cel nadrzedny – mianowicie zostanie nastepczynia wielkiej The Mother. Jesli mi sie to nie uda – wroce „na tarczy” do Polski. Wydawalo sie to jeszcze do niedawna celem abstrakcyjnym i nieosiagalnym, ale los (lub Dimada) naprawde zsyla mi niesamowite znaki.


Otoz! Pewnego dnia bylam sobie wraz z Bobem Marley’em/Budowniczym na budowie. Pablo dzielnie nosil ziemie, prezac przy tym swoja czterdziestoletnia muskulature, ktora wszak moglaby zdobic dumnie niejednego siedemnastolatka. W ogole szok, ze nasz niby-Norweg ma lat czterdziesci jeden! Wszystko mozna zrozumiec, ale bylo to dla mnie mocnym zaskoczeniem (zwlaszcza to „jeden”). Podczas gdy Pablo dzielnie glebe nosil, ja nakladalam na nasze „beamy” warstwe cementu zmieszana ze specjalnym proszkiem, co stanowic ma bariere przeciw wilgoci dla scian. Przy pomocy dwoch patykow ukladalam takze szlaczki przerozne (nie do konca pojmuje po co – ale chyba celem zwiekszenia przyczepnosci owej warstwy).



Nagle wybila przerwa na herbate. Tutaj rytm dnia nie jest wyznaczany li tylko za pomoca wschodow i zachodow slonca lecz przede wszystkim dzwiekiem dzwonow. To one zwiastuja rozpoczecie i zakonczenie pracy, przerwe na lunch a takze swiete przerwy na herbate. U nas w biurze zatrudniona jest wlasnie taka „pani herbacianka” od herbaty, ktora 2 razy dziennie sie parzy ;) (ta herbata) – punkt godz.10 i punkt 15.


Na budownie parzy inna herbacianka. Wytworem i jednej i drugiej jest ta sama okropna herbata – slodka jak diabli i przyprawiona mlekiem. Nie zwyklam jej pijac. Dlatego tez, gdy gong wybil, zostalam sobie z moja szpachelka przy scianie. Pablo natomiast zostal poczestowany herbata i jeden z robotnikow zapytal: „How about mama?” Zdziwiony Pablo mowi mu: „Whaaaaaaat?” A on jeszcze raz to samo: „How about MAMA” i palcem wskazal na mnie! Ana – Mama – moze i podobne. Ja jednak widze w tym wielki znak. Po prostu - niektorzy juz sie na mnie poznali! Moze nawet przechrzcze sie na DIMAMA i pod tym pseudonimem bede od nastepnego razu szpachelka wywijac.


Raz tez zdarzylo sie mi z Julia uciec z budowy na plaze. Myslimy sobie – a co! Nie ma za bardzo co robic (bo akurat nie bylo innej pracy niz noszenie na glowie wiader ziemi), wiec myk myk niepostrzezenie pojechalysmy plazowac. Tutaj na plazy panuja iscie barbarzynskie zwyczaje. Gdy tylko pojawi sie jakas kobieta, nagle miejscowi hinduscy plazowicze myk myk przesuwaja swoje reczniki (lub zapiaszczone tylki) w jej poblize albo bezczelnie siadaja za plecami i sie gapia. Jest to niesamowicie denerwujace. Z reguly w takich momentach migrujemy przenoszac myk myk swoj recznik w inne miejsce.


Tym razem jeden z ciapakow poszedl o krok dalej. Julia zauwazyla, ze siedzacy nieopodal mlodzienieec cos tam niepokojaco w swej sukmanie pogrzebuje. Jak nie zaalarmowala strazy plazowej (zatrudnianej przez Auroville)! Jak go popedzili kijami – jak on zwiewal! A jaka zostala za nim chmura piachu! Ulalalalaaaaa ;)


Ditte wyjechala. Szkoda. Miala jechac kilka dni pozniej, ale w ostatnim momencie (po pewnym telefonie) zmienila bilet, zeby zostac dluzej w Bombaju ze swoim bollywodzkim lovelasem. Tzw. „takie to sa historie”.


Wraz z Pablo i Julia rozkrecamy temat bambusa. Mielismy mytyng z sympatycznym panem, ktory tu w Auroville uruchamia bamboo research centre. Poki co wsrod jego osiagniec sa roznego rodzaju kosze i meble, ktore robi z ludzmi na warsztatach oraz mala chatka z bambusa.










Jest mocno zainteresowany wspolpraca z nami – jako przedstawicielami Earth Institute. Jeszcze tylko musimy wymyslic, na czym ta wspolpraca mialaby polegac. Mamy 2 pomysly – albo tzw. sexi building – czyli zrobienie struktury o ksztalcie organicznym z bambusa (siatki) i opakowanie jej ziemia lub wybudowanie prototypu malego domku, ktory, dzieki zastosowaniu bambusa, moglby miec ciensze sciany niz typowa ziemianka – lub moze mozna by uzyc bamboo zamiast stalowych zbrojen w jakis sposob. Wszystko jest na razie wielka niewiadoma – ustalilismy wstepny plan i musimy go teraz sprzedac Satpremowi.


W czasie lunchu, ktory zjedlismy nieopodal bambusowego centrum, wywiazala sie miedzy nami dyskusja na temat tutejszych toalet. Zarowno Julia jak i Pablo uwazaja, ze model „na narciarza” jest duzo lepszy dla fizjonomi czlowieczej niz „klasyk”, albowiem kucajac jest ponoc i latwiej i wygodniej. O ile z tym jeszcze mozna polemizowac, to nastepny problem mnie zabil. Dotyczyl podcierania. Okazalo sie, ze jestem JEDYNA osoba w calym biurze (a z tej toalety korzysta okolo 15 osob), ktora uzywa papieru toaletowego! Poczulam sie jak odludek, a wrecz winna, ze nie podazam za tutejszymi zwyczajami. Nie wiem, co nimi kieruje: czy ochrona puszczy amazonskiej czy wygoda (bo tu nigdzie nigdy papieru toaletowego nie widzialam i zawsze musze swoja rolke taszczyc). W kazdym razie rozpetala sie dyskusja - dwoch na jednego - na temat, ze to w niczym nie przeszkadza, ze wygoda, ze w Europie tez powinno tak byc (!!!!!) i ze Julia wolalaby miec „narciarza” w swoim domu (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!). Moje argumenty typu, ze jak mozna i co z reka potem, z paznokciami itp. zostaly calkowicie przegadane. Bo, musicie wiedziec, wg moich towarzyszy, papier nie usuwa wszystkiego i tak naprawde jest duzo mniej higieniczny niz woda. Tylko co z ta reka?! Sprawe zamknal Pablo swierdzeniem, ze najlepiej to wymyslili Japonczycy (on 7 lat mieszkal w Japonii). Tam wystepuja albo „narciarze” albo toalety typu high tech – ze wszystko gra i buczy i pewnie dokonuje sie automatyczne samopodtarcie. Do tych low-tech uzytkownicy wybieraja sie z tzw. squeezing bottle – czyli butelka z woda z odpowienia koncowka, przy pomocy ktorej robi sie „psik psik” i sprawa zalatwiona. Przez te 7 lat nie rozstawal sie z nia na krok.


Mimo tej pouczajacej konwersacji z bardziej doswiadczonymi wspolpracownikami, ja wciaz upieram sie przy swojej rolce i tesknie za polskim „klasykiem”. Ciekawe ile czasu potrzeba, zeby zmienic nawyki.

Sunday, March 8, 2009

operacjami czas wyznaczon

nic nie napisze. a co!

Wspomne tylko, ze wlasnie za moimi plecami trwa kolejna operacja psa - zmiana opatrunkow z szyi plus operacja lapy z uzyciem skalpela, mazidel i innych opatrunkow. Boze Bozeno! Czy ten pies naprawde tego potrzebuje czy oni po prostu lubia to robic? I dlaczego w biurze?

Julia pojechala do doktora, bo udaje, ze jest chora. (tak naprawde nie udaje - ale lepiej sie zdanie rymuje). Boli ja brzuch - nazwalabym inaczej - ale ze nie wiadomo, kto to czyta, wiec musze sie powstrzymywac z niecenzuralnymi okresleniami. Sek w tym, ze J. nie ma zadnego ubezpieczenia, pieniedzy tyz nie bardzo, wiec nie wiadomo, co to z nia bedzie...





Pi-eS. Dodalam zalegle zdjecia do postu "fotosafari".

Friday, March 6, 2009

w okowach bandazy

Nasz Earth Institute powoli przemienia sie w szpital. Mamy coraz wiecej poszkodowanych i obandazowanych. Ja, poki co, jeszcze sie jakos trzymam, ale pewnie przyjdzie i kolej na mnie, patrzac na tutejsze statystyki.

Zaczelo sie od operacji psa. Pies chodzi zabandazowany co dzien w nowym bandazowym wdzianku. Rano, po zmianie opatrunku, wyglada uroczo, wieczorowa pora – fatalnie. Bandaze przesiakniete wydzielinami, brudne, poszarpane, ehhh... Nie wiedziec czemu, jako miejsce swoich nocnych spoczynkow obral sobie pomost przed moim/naszym pokojem. Wydaje sie to o tyle dziwne, ze 2 metry od tego miejsca probowal onegdaj nieskutecznie popelnic samobojstwo. Moze wraz z operacja zostal pozbawiony psich instynktow samozachowawczych. Coz – niezbadana jest psychika psow hinduskich.


Po psie kolej przyszla na Satprema. Z powodu operacji owej i chyba uzywanych do tego celu plynow i mazidel, jego prawa reka zostala pozbawiona koloru czlowieczej skory (tak to moge okreslic nie znajac medycznych terminow). Jest blado-rozowa, pewnie bolaca i generalnie brzydka. Chodzi wiec zawiniety w bandaze.
Żeremi - nasz lokalny Francuz – mial za to bliskie spotkanie z wezem na motorze. Wezowi nic sie nie stalo (uffff... :), on natomiast jadac jak wariat, nie wytrzymal gwaltownego hamowania. Teraz wiec dzieli dole psa – bedac pobandazowany w kilku miejscach.
Do tego wszystkiego Satprem doznal kontuzji nr 2 – kolana – rowniez na motorze, rowniez owija je bandazem. Musial nawet jechac do szpitala – bo wdala sie w rane jakas miejscowa larwa i trzeba bylo ja szybko usunac. Z jego opowiesci wynioslam, ze gdyby jej nie usuneli to w ciagu 24 godzin mialby w nodze dziure glebokosci malego palca u reki. Wierzyc czy nie?
Jako ostatnia poszkodowana jest Julia – ktora w czasie budowy rozciachala sobie reke. Wybija sie z tlumu ubierajac rane w plastry a nie bandaze.

A moj skuter daje rade. Doprosic sie tylko nie moge o lusterko. Dzwonie i dzwonie do pana wypozyczacza i ciagle mnie zbywa, ze przywiezie i przykreci mi lusterko tumoroł.

Zaczelam takze splacac swoje dlugi autostopowe z lat mlodzienczych. Zawsze chcialam brac autostopowiczow w ramach rewanzu za kilometry przejechane w roznych cudzych wehikulach ale zawsze, jadac sama autem, balam sie, ze ktos mnie zaciuka. Dlatego zaczelam tutaj – skupiajac sie poki co tylko na paniach. Mam na swoim koncie juz 3 przewozki. Problem z hinduskimi autostopowiczkami jest nastepujacy: owiniete plachtami tych swoich kolorowych sari nie sa w stanie sie rozkraczyc i usiasc jak czlowiek na skuterze. Zamiast tego zasiadaja wiec boczkiem, niczym ksiezniczki dosiadajace konia. Ale musiala miec strach w oczach moja pierwsza autostopowiczka, gdy zupelnie nie potrafilam zlapac rownowagi i przez pol drogi wiozlam ja na tzw. styl „tropiac weza”. Z nastepnymi poszlo mi juz duzo lepiej, acz nie idealnie.



W pracy – w druzynie brazylijsko-norwesko-polskiej zostalismy zaciagnieci do przeprowadzenia resercza na temat sciany z uzyciem coconut fiber (wlokno kokosowe?). W doswiadczeniu tym chodzi o to, ze budujemy tu przy biurze przykladowa sciane – sprawdzajac jakie proporcje beda najlepsze (chodzi o jak najmniejsze pekniecia sciany). Nasza super sciana skladala sie wiec z: 3 taczek ziemi, 1 taczki piasku, 1 taczki gravel (gruzu?), 1 taczki loose coconut fiber i 2,5 wiader wody (45l).


Najpierw trzeba bylo wykonac wycinki roslinnosci i zrobienia bazy z przesitkowanej ziemi zmieszanej z piaskiem i woda. Po wyrownaniu powierzchni – zrobilismy cokol z cegiel (tych tutejszych, wyrabianych z ziemi). Kolejny krok to napelnienie, przewiezienie i wymieszanie tych wszystkich taczek ziemi, piachu, gruzu i kokosa na sucho. Nastepnego dnia zaczela sie zabawa z woda. Trzeba to bylo wszystko zmieszac w piekna papke o odpowiedniej gestosci – przychodzili do nas tutejsi madrzy panowie, zeby mowic te swoje komendy „more water”.



Mieszalismy to poczatkowo z uzyciem stop wlasnych, nastepnie przy uzyciu takich smiesznie wygietych lopat (ach – jakie ja mam ubogie slownictwo budowlane!). Nasz norweski Bob Marley imieniem Pablo zajmowal sie glownie przekopywaniem naszej mieszanki, a ja i Julia taplaniem sie w blotku. Tym sposobem zrozumialam Gracjana Roztockiego i jego pociag do „taplania sie w blotku”. Niezla zabawa. Od dzis bede patrzyc na filmik na jutjubie innymi oczami. Nasze stopy wygladaly po tym calkiem jak stopy hobbitow z Wladcy Pierscieni. Ciekawa bylam, ile by sobie zazyczyla pani manikjuuuurzystka we Wroclawiu za pedikjuuur ;)


Nasza sciana niestety zaczela juz pekac – za co wine oczywiscie ponosza zle proporcje – bo przeciez nie nasza ekipa budowlana.

Wieczorem wybralismy sie tlumnie (w 7 osob) na jedzenie. Bylo milo, aczkolwiek uwiazana z Julia na jednym skuterze, nie moglam dogonic towarzystwa i balam sie, ze powtorze sytuacje z pamietnego postoju w srodku dzungli.

Nie pisalam ostatnio nic w KaPeWuGie (Kąciku Pod Wezwaniem Gucwinskich). Oto najnowsze wiesci:

1. Gekony nawiedzaja mnie nie tylko pod prysznicem ale tez w pokoju. W przeciwienstwie do tych nepalskich, tutejsze sa mniej strachliwe i bardziej zielone niz zolte. Smieszne sa te stwory. Wolalabym, zeby zamieszkaly tu w pokoju na stale – moze wtedy zaden komar nie odwazylby sie przekroczyc naszego progu (pies warujacy pod drzwiami nie wydaje sie byc wystarczajaca bariera)

2. Wracajac wieczorowa pora o zachodzie slonca do CSR (Centre of Scientific Research – tutaj mieszkam i pracuje) na mojej drodze pojawil sie maly tlumek Hindusow patrzacych w niebo. Myslalam, ze obserwuja jakies zjawisko astronomiczne ale uslyszalam, ze 2 pawie siedza na drzewie i to wlasnie obserwowali. Popatrzylam, nic nie widzialam, wiec pomyslalam, ze albo ich nie zrozumialam albo peacock znaczy cos jeszcze innego. Ale dzisiaj w pracy znad laptopa patrze – idzie paw pod oknem. Jaki fajoooowy! Niestety nie nastroszyl ogona lecz ciagnal go za soba. Coz za kolory przecudne! Moze go jeszcze kiedys spotkam, to jak mnie zobaczy to z przerazenia sie moze nastroszy, to przesle zdjecie.

3. A propos zdjec – pojechalam sobie dzisiaj na plaze i wracajac przejezdzam kolo lezacego swietopelka (o ktorym pisalam wczesniej). A na posagu stoi koza i bezczelnie zjada sznury kwiatow, w ktore go przyozdobiono. O nie! – pomyslalam – Zrobie ci zdjecie wredna kozo a potem cie przepedze. Ale jak sie namierzalam z aparatem, to owa koza ze wstydu i poczucia zenady sama uciekla. A ja zdjecia nie zrobilam.

Thursday, March 5, 2009

youth that never ages...